niedziela, 27 listopada 2016

Powoli się odnajduję.

Dawno dawno temu... byłam taka... normalna(?). Miałam marzenia jak każda inna dziewczyna (idealne romantyczne zaręczyny, perfekcyjny ślub, najpiękniejsza biała sukienka, książę z bajki, rodzina, dzieci, mąż)., ale później stały się różne rzeczy i doszłam do wniosku, że to o czym marzę po prostu nie istnieje. Szydziłam z tego. Wyśmiewałam się z ludzi, kiedy przy mnie opowiadali o takich rzeczach. I tak spędziłam niecałe 7lat życia. A potem stał się cud. Zakochałam się. Ja. Która ostatnie 7lat spędziła na tłumaczeniu, że miłości nie ma. Zakochałam się na zabój i nieodwracalnie. I wszystko powoli zaczyna wracać do normy. Przy nim. Dzięki niemu. Zaczynam wracać do normy. Do tego kim jestem. Dzięki niemu czuję się bezpiecznie i mogę znowu być taka... delikatna, krucha, nie muszę się sama bronić przed całym światem.

Koniec?

Jeśli to koniec... chciałabym, żebyś wiedział, że jestem Ci wdzięczna za każdy oddech, który mogłam zrobić dzięki temu, że się pojawiłeś.
Jeśli to koniec... nie żałuję i nigdy nie będę żałować żadnej sekundy mojego życia z Tobą i dzięki Tobie... chociaż chciałabym, żeby było ich więcej... dużo więcej...
Wiem, jestem rozhisteryzowaną idiotką, ale to dlatego, że Cię kocham i nie chcę Cię stracić, boję się tego.
Moje życie dzieli się na dwa etapy "przed Tobą" i "od kiedy się pojawiłeś". Noe chcę myśleć co będzie jak pojawi się trzeci etap "po Tobieł, boję się tego, to będzie jakiś Armagedon.
Teraz zostaje mi czekać na wyrok... serce mi pęka na myśl, że to mogłoby się skończyć. Najgorsze jest to, że kilka dni temu padło stwierdzenie "nie mogę być z kobietą, której nie widzę" - to przecież o mnie, mnie nie widzi... ale jeśli Paulina i Albert dają radę to może jest szansa na jakiś cud...? Zresztą jeśli była szansa na cud to przecież właśnie ją zepsułam.

Chyba czas spać.
Zapowiada się noc pełna koszmarów. Ciekawe ile ich będzie...
Półtora tygodnia do odebrania wyników. Kolejny wyrok na mnie czeka. Jeśli mnie zostawi, to przynajmniej nie będzie musiał martwić się tym, że jest z kimś kto nie da mu rodziny... Nie chcę sama przez to przechodzić, ale jeśli dla Piotrusia tak będzie lepiej? Ale nie mi decydować o tym, co dla niego lepsze. On to wie najlepiej i teraz zostaje czekać aż sam określi co jest dla niego lepsze.
A co jest lepsze dla mnie? Oczywiście, że z nim niż bez niego... może nikt w to nie uwierzy, ale ja widzę jak bardzo się zmieniłam od kiedy jest i to zmieniłam na lepsze... ale to nie znaczy, że ja tak na niego działam.

8.12.2016r. chyba umrę czekając na ten dzień i chyba zniszczę wszystko co dobre w moim życiu do tego czasu i pozbędę się wszystkich "bliskich" ludzi...

środa, 26 października 2016

ale...

Jest dobre między nami, ale często przypominam sobie, że nie jesteśmy razem, że tydzień temu to skończył...
Chciałabym, żeby wrócił, bardzo bym chciała... on niby też chce, NIBY.
Ale ja nie wiem... ja go nie poproszę, nie mogę. Jeśli to zrobię to się poniżę.
Chciałabym, żeby on po prostu zapytał albo jeszcze lepiej, że nie ciągniemy dalej tego cyrku, tylko po prostu jesteśmy razem, żeby to wszystko miało ręce i nogi.
Mogłabym to zrobić, oczywiście, że bym mogła, ale jeśli to zrobię... no przecież nie powinnam prosić, błagać go, żeby wrócił, zostawił, dał mi do zrozumienia, że mnie nie chce, jeśli coś się zmieniło to chyba potrafi to naprawić...

Do tego jutro znowu idę do pani doktor, kolejne badanie. Niedobrze mi...boję się. Jestem w tym sama. Jemu nie powiem, że się boję, bo nie jesteśmy razem, więc nie wypada, więc pewnie moje problemy nie są jego problemami...

niedziela, 23 października 2016

feeling.

Ten dzień miał być spokojny.
Ale nie.
Nie ma tak dobrze.
W zasadzie cały dzień był do dupy.
Pół nocy zwijałam się z powodu bólu brzucha, a później miałam drgawki z powodu gorączki.
Ale jakimś cudem udało mi się trochę pospać - idealnie.
Hahaha. Nie ma tak dobrze.
Obudziłam się z tym pieprzonym przeczuciem, że coś się złego stanie.
No i się stało.
Najpierw myślałam, że chodzi o niego, ale okazało się, że nie.
Wyszłam na pieprzony spacer i co?! I dogoniła mnie przeszłość. Kretyn, którego od ponad 7lat próbuję wymazać z pamięci stanął na mojej drodze. Myślałam, że umrę. Chciałam tego, kiedy na mnie patrzył i się śmiał zadowolony z siebie. Na moje szczęście nie postanowił podejść i się odezwać. Ale to i tak był koszmar.
Chciałam zadzwonić po tym wszystkim do mojego najlepszego przyjaciela, żeby mu się wypłakać, żeby powiedzieć co się właśnie stało, ale przypomniałam sobie, że nie mogę, że przecież on zrezygnował z bycia moim najlepszym przyjacielem i aktualnie się zastanawia czy wrócić czy nie...
No i wtedy stało się najgorsze, dotarło do mnie, że on już najprawdopodobniej podjął decyzję tylko nie wie jak mi to powiedzieć.
Najlepiej wprost. Poradzę sobie z tym.

"nie wiem"

Zastanawiam się jak w ciągu godziny zmienić zdanie z "tak, oczywiście, że chcę, żebyśmy byli razem" na "w sumie nie wiem, to trudna decyzja, muszę się zastanowić".
Dla mnie zawsze oczywiste było, jest i będzie, że chcę z nim być, nie muszę się nad niczym zastanawiać. Kocham go i oczywiste jest, że uważam, że trzeba znaleźć jakiś sposób, żeby to ogarnąć.
Może po prostu on mnie nie kocha tak na prawdę? Może tylko wmawia sobie, że mnie kocha, bo akurat ja się napatoczyłam, a miał dosyć samotności?
No ale ok, jeśli potrzebuje czasu to ok. Może i jestem głupia, żałosna, cokolwiek. Poczekam, pod warunkiem, że przemyśli, zastanowi się, skupi się i ustali sam ze sobą czy mnie kocha czy nie...
Jeśli mnie jednak nie kocha, pewnie serce mi pęknie, ale cholera jasna i tak nie przestanę kochać jego. Nie potrafiłabym...

sobota, 22 października 2016

Kocham Cię

Nigdy nie sądziłam, że kiedykolwiek kiedy to usłyszę (zwłaszcza od kogoś do kogo czuję to samo) serce będzie mi się łamać.
No ale to się jednak dzieje. Kocha mnie, a ja jego. Tyle, że kilka dni temu zerwał ze mną. Więc jak to jest? Co mam robić? Co mam myśleć?
Czuję się jakbym była zawieszona w próżni.
Niby chce wrócić, ale na jak długo? I czy jest tego pewnie?
Na pewno dam mu czas, niech się zastanowi. Kto wie... może wykorzysta ten czas i znajdzie sobie swój ideał.
Oczywiście, że chciałabym z nim być, ale przede wszystkim chciałabym, żeby był szczęśliwy, a ze mną chyba nie jest, dlatego nie winie go za to, że mnie rzucił i nie mam mu tego za złe.

czwartek, 20 października 2016

Chciałabym...

Ja po prostu chciałabym dać sobie radę.
Chciałabym przejść przez to.
Chciałabym, żeby jeden jedyny raz od początku do końca dał mi powiedzieć co dokładnie się wtedy stało, żebym mogła to z siebie wyrzucić, bo mi też nie jest łatwo.
Boli mnie to przez co znowu, po mniej więcej 7 latach. muszę przechodzić od nowa.
Tym razem powinno być łatwiej, ale nie jest.
Może by było, gdybym mogła z nim porozmawiać, ale wiem, że jemu jest ciężko.
Nienawidzę się.
Mam przeczucie, że on nie mógłby już na mnie spojrzeć.
Znowu płaczę.
Nie chcę, żeby się litował.
Chciałabym... oddałabym wszystko za to, żeby mnie jeszcze chciał.
Zrozumiem, jeśli nie będzie chciał.
Ja bym siebie nie chciała. Nigdy.
Kto by chciał idiotkę, która pozwala na to, żeby ktoś ją znowu, drugi raz w życiu...
Już było ze mną całkiem ok, już byłam całkiem normalna, już dobrze o sobie myślałam i spotkałam kolejnego... i znowu czuję się śmieciem, znowu czuję się beznadziejna...
Powinnam wiedzieć jak się bronić, ale faceci są tacy przerażający, boję się ich, paraliżują mnie kiedy są zbyt blisko.
Tylko nie Ten Mój Jeden Jedyny (chociaż od wczoraj już nie mój, chyba, nawet nie wiem czy mnie już zostawił czy jeszcze nie), przy nim czuję się tak bardzo swobodnie, jakby cała reszta nie miała znaczenia, jakbym była bezpieczna i nikt nigdy nie mógł mnie już skrzywdzić.
Chciałabym się do niego przytulić.
Przeraża mnie jak bardzo ważny stał się dla mnie w tak krótkim czasie.
Nie sądziłam, że kiedykolwiek będę w stanie kogokolwiek pokochać tak, jak kocham jego.
Nie sądziłam, że w ogóle będę w stanie kogokolwiek kiedykolwiek pokochać, przecież boję się ich...
Jedno jest pewne, jeśli odejdzie ode mnie, ja nie odejdę od niego, nie potrafię porzucić tego uczucia, nigdy nie zacznę niczego nowego.
Ale nawet podoba mi się ta perspektywa. Chciałabym zawalczyć, ale nie wiem nawet czy jeszcze umiem, czy znalazłabym siły.
Teraz musiałabym walczyć o niego (o nas) i o siebie, nie wiem, czy jestem w stanie walczyć o tak wiele na raz.
A jeśli się zdecyduje, żeby zawalczyć o nas i o siebie, ale po kolei? Od czego zacząć? Od nas? Czy od siebie?
Wiem, że walka o mnie, jeśli robię wszystko tak jak powinnam może potrwać jeszcze kilka tygodni, ale mogę ją wygrać, a walka o nas... nie wiem ile może potrwać, nie wiem czy w ogóle jest chociaż cień szansy, żebym mogła wygrać tę walkę...
Tylko cholera... mówię o mężczyźnie, za którego byłabym w stanie oddać życie, powinnam walczyć, nawet jeśli oznacza to, że sama się rozpieprzę do końca, nie mogę odpuścić miłości życia...
Zresztą nie chcę odpuszczać. Nie jego. Pierwszy raz myśląc o tym, że coś ma się zakończyć czuję się jak w pułapce, przy innych, którzy byli przed nim praktycznie modliłam się o rozstanie, bo bycie wolnym było wolnością... teraz czuję się wolna przy nim, dzięki niemu, będąc z nim.
Czegoś takiego nie można odpuścić.
Nie chcę. Nie chcę. Nie chcę.
Kocham go, naprawdę w końcu kogoś kocham.
Zrobię wszystko, żeby to naprawił, żeby był w stanie na mnie patrzeć, rozmawiać ze mną, przytulać mnie, całować, dotykać...
Chociaż nie chciałbym, żeby robił to z litości...