czwartek, 26 kwietnia 2018

Ludzie.

Dzisiaj ludzie to zdecydowanie zło konieczne.
Pewnie przez kilka kolejnych dni tak jeszcze będzie.
Albo dłużej.
Nie chcę.
Nie mam siły.
Jeśli macie możliwość to... dla Waszego dobra nie zbliżajcie się do mnie.

Peru

Najgorsze są noce.
Zostaje z tym wszystkim sama.
O tyle o ile w dzień mogę sobie poradzić ze wszystkimi, no bo trzeba wyjść do ludzi. To noce to tragedia.


Nie pamiętam kiedy ostatnio ten czas w roku był dla mnie taki ciężki.
Za kilka dni będzie 9 lat.
Przez to, że staram się trzymać w tym najgorszym dla mnie czasie, nie wiem jak sobie radzić z resztą.


Albo inaczej...
Robię głupie rzeczy wobec tej osoby, która jest tą, której tak naprawdę najbardziej potrzebuje.
Chyba nigdy o tym czasie nie byłam sama. Tak zupełnie, zupełnie. Zawsze ktoś był.


A teraz poza tym, że zbliża się 8 maja to dobija mnie ta okropna i przerażająca samotność.
"- Judyta, otwórz!
- Nie ma mnie! Wyjechałam do Peru! A Tosia do Gowidlina!
- No to otwórz bo muszę podlać ci kwiaty!
(otwiera)
- Judytka, co się dzieje?"
Odsyłam do filmu "Nigdy w życiu", jeśli ktoś nie ogarnia. 

Przydałby się ktoś ktoby przyszedł podlać te cholerne kwiaty...

Bo aktualnie to przebywanie tylko i wyłącznie w mojej głowie dobija.
"ja tu zwariuję albo padnę na klaustrofobię".


I szczerze mówiąc w tym roku jak nigdy sama się o siebie boję.
Przeraża mnie ten haos w głowie. Ta pieprzona gonitwa myśli.


A jeśli mam właśnie to na co zasługuje? Większość osób, które mnie dobrze zna raczej życzy mi jak najgorzej. Najwidoczniej maja powód.

Może to wszystko przez co przeszłam, może to całe bagno, cały ten syf... Może właśnie tylko na to zasługuje. Nie przypadkiem Patryk, ten co ma ryj jak z żurnala, powiedział, że zasługuje na faceta, który mi porządnie przypierdoli, bo ze mną inaczej się nie da, bo inaczej nic do mnie nie dociera, a po czymś takim przynajmniej na chwilę odnajduje swoje miejsce w szeregu.
Najwidoczniej faktycznie coś ze mną nie tak, skoro faceci ciągle na różne sposoby mnie karcili i karali...

Cóż. Może po prostu powinnam się trzymać tej samotności. Przynajmniej nikt się ze mną nie musi męczyć. A ja najwyżej zwariuję, najwidoczniej na to właśnie zasługuje.

środa, 25 kwietnia 2018

S. O. S.

Oranyoranyorany.

W głowie mam sajgon. Totalną sieczkę. Pewne jest to, że muszę przestać się ładować w chore akcje z "dziećmi". Zwariuje przez to.

Chyba też muszę przestać przywiązywać się do ludzi.
Czy to, że szybko zaczynam kogoś lubić (tak, lubić, po prostu lubić) i w pewien sposób przywiązywać się do tych osób jest złe?

Moja wina, że po kilku wymienionych zdaniach (nie ważne czy w świecie rzeczywistym czy wirtualnym) jestem w stanie stwierdzić czy mogę kogoś polubić czy nie? No chyba nie moja wina...

Po prostu nie rozumiem.
Dlaczego ludzie najpierw ładują się komuś do życia czasem nawet na siłę, a później znikają?

Dla mnie to najgorsze co może być.

Sama myśl o tym, nawet nie w odniesieniu do konkretnej osoby, powoduje, że czuję jak zbliża się atak paniki.
Trzeba było przeczekać.
Szkoda, że nikogo obok nie ma.
Chociaż mógłby ktoś do mnie mówić, żeby mnie z tego wyrwać, uspokoić.
Już nawet nie oczekuję przytulenia...
A co dopiero mówić o pocałowaniu, które jest najskuteczniejsze, bo wtedy chcąc nie chcąc trzeba zwolnić, nie tylko oddech, ale wszystko inne zwalnia, bo wszystko inne znika, wszystko przestaje mieć znaczenie.
Wszystko fokusuje  się tylko na tej jednej chwili, kiedy łączą się usta i dwa ciała zaczynają oddychać wspólnie.
Razem łatwiej.

Tego mi brakuje.
Potrzebuje kogoś kto przez chwilę za mnie pooddycha.
W takich chwilach kiedy ktoś oddycha za drugą osobę, to nie tylko jej pomaga, ale też walczy o tę drugą osobę.
Potrzebuję kogoś kto o mnie zawalczy.

poniedziałek, 23 kwietnia 2018

over and over again.

Utknęłam.
Znowu.
W mojej głowie.

Nie chcę tu być sama.
Chciałabym tu Kogoś wpuścić.
Tyle, że ten Ktoś nie chce.

Niech mnie ktoś wyciągnie, ktokolwiek.
Za chwilę będzie równe 9 lat.
Jak wszystko się we mnie zjebało.
Jebany 8 maja.
Dalej nie umiem sobie poradzić.
A z dnia na dzień jest ze mną gorzej, chyba.

Chcę działać.
Właściwie.
Normalnie.
Proszę o pomoc.
Nie o obietnicę pomocy.
Obietnic mam już po kokardki.

Ostatnio też jeden obiecał, że pomoże.
Że mnie uratuje.
Bohater od siedmiu boleści.
Ale uciekł szybciej niż się pojawił.
Tchórz i oszust.
Tyle.

Dlatego kiedyś, chyba nawet tu, napisałam, że taki fajny Książę z Bajki to Shrek.
Dlaczego?
Nie poddał się.
Walczył do końca.
Po swojemu.
Nie odpuścił.
Zdobył to co chciał.
I Księżniczkę.
Shrek sam w sobie nie był taki... wychuchany och i ach.
Facet przecież też nie musi taki być.
Shrek był facetem.
Był męski w swojej postawie.
Do tego na swój sposób zabawny.
I zdecydowanie urzekający.
Ma w sobie coś.
To COŚ.
A co to?
Nie wiem.
U jednego oczy.
U innego uśmiech.
U kolejnego głos, dla przykładu... jestem chora jak słyszę moje pełne imię, wolę skrót, ale jest jeden przeuroczy Dzieciak, który wymawia je w taki sposób, że oesu... w tym momencie jednym słowem, głosem jest tam gdzie chciałby być czymś innym, a ja czuję ten przyjemny dreszcze biegnący wzdłuż kręgosłupa. A inny Gówniarz, ma taki głos, że oesu... mógłby mi wykładać fizykę kwantową a ja bym się zachwycała, przytakiwała i śmiała jak nastolatka.

A propos... jest przecież jeszcze Pan Artur, PRowiec. Ten to już w ogóle, oczarował grupę bab, które z poważnych zamieniły się w rozchichotane nastolatki. I... TE OCZY. Ale istotne jest to, że mówił do nas o SAMOCHODACH, inna inszość luksusowych, bardzo, żadna nie miała pojęcia, ale wszystkie się tak zachwycały, jakby mówił o ciuchach albo kosmetykach! Ale to właśnie urok Pana Artura!

A poza tym jest jeszcze ktoś, dotarło to do mnie kilka dni temu, kiedy zobaczyłam go po długiej przerwie. Bardzo długiej. Wcześniej jak go widziałam to był (w moich oczach) normalnym, zabawnym, miłym, starszym (w sensie kilka lat ode mnie), uprzejmym facetem. W sumie nic szczególnego. Tyle że po dłuższej przerwie... na mój popaprany sposób za nim tęskniłam. Po tej przerwie zauważyłam niesamowite oczy, oszałamiający uśmiech, urok i w ogóle, że fizycznie to też fajny facet. No ale cóż... "poza moim zasięgiem", dlatego nigdy nikt się nie dowie o kogo chodzi.

Właśnie dlatego przeszłość niszczy mnie coraz bardziej każdego kolejnego dnia. Mam świadomość, że fajni faceci są "poza moim zasięgiem". Nikt normalny na dłuższą metę nie będzie chciał związać się ze zgwałconą kobietą. Przecież nie mogę tego ukrywać wiecznie. Kiedy zrobi się w jakiejś relacji poważnie, trzeba będzie to wyznać, bo inaczej przecież jak zrozumieć niektóre moje zachowania? Że nagle zaczynam płakać, że jak idę sama a usłyszę, że ktoś za mną biegnie to zaczynam się denerwować i obracać co chwilę, że mimo że chcę/chciałam i sama się wpakowałam do łóżka nagle zaczynam błagać, żeby mnie zostawić, bla ba bla... tego wszystkiego jest dużo więcej.

Więc tak...
Jestem popaprana.
Jestem zepsuta.
I za chwilę stuknie 9 lat kiedy to się stało.
A ja dalej jestem w czarnej dupie.
Nie potrafię sobie z tym poradzić.
Mimo wielu prób korzystania z pomocy specjalistów.
Może kiedyś coś się zmieni.
Może kiedyś stanie się cud i dla mnie.

niedziela, 8 kwietnia 2018

Ogniste chochliki.

Tiruriruriru.

Ale tak ogólnie poza tym wszystkim.
Jestem względnie szczęśliwa.
Ponoć to widać.
Ponoć to wiosna i słońce.
Mam inne zdanie.
Uważam, że to przez to, że od dłuższego czasu serce bije szybciej.
W ogóle wyniki mam dobre.
O dziwo nie przez leki!

Potrafię się znowu uśmiechać.
Tak serio.
Tak naprawdę.
I usłyszałam ostatnio, że do oczu wróciły mi chochliki, które jakiś czas temu znowu zaginęły.

Wiem
Kto poruszył moje serce
Kto pobudził moją chęć życia
Kto znalazł moje chochliki i przyprowadził je do mnie, do moich oczu
Kto obudził we mnie wiosnę.

Ale tą wiedzą się nie podzielę!
Jak ktoś się domyśli to pogratuluję.

Tak.
Czasem dalej chce mi się płakać.
Ale to normalne.
Czasem każdy ma czarne myśli.
Najważniejsze, żeby sobie z nimi radzić.
Najważniejsze, że moje coraz szybciej się ulatniają.

Tak naprawdę, dawno nie czułam się tak bardzo żywa.




Właśnie znalazłam coś fajnego.
Coś co idealnie opisuje sytuację.

"Od tego wieczoru wszystko się we mnie zmieniło; w mojej duszy znowu ktoś zamieszkał; nie miałem już w sobie jedynie owej żałosnej pustki, w której kłębiły się (jak śmieci w splądrowanym pokoju) żale, wyrzuty i skargi; moja dusza była znowu pokojem nagle uprzątniętym, w którym ktoś zamieszkał. Zegar wiszący na jego ścianie, o wskazówkach nieporuszanych przez długie miesiące, naraz zaczął chodzić. To było znamienne: czas, który do tej pory płynął jak obojętny strumień znikąd donikąd (w moim życiu trwała przecież pauza), bez jakiejkolwiek artykulacji, bez jakiegokolwiek rytmu, znowu zaczął odzyskiwać ludzką twarz: zaczął dzielić się na okresy i dawał się obliczać."

Milan Kundera "Żart"



W moim życiu trwała przecież pauza.
No właśnie.
To który wieczór zaczął zmieniać mnie.
Moje życie...
Zostawię dla siebie.
Pewnie i tak część osób doskonale wie.
Ułamek sekundy.
Jedno spojrzenie.
Jeden uśmiech.
I jestem.
I są moje chochliki.
Za co dziękuję.
Naprawdę bardzo Ci dziękuję Kocie.

Tak naprawdę myślałam, że będzie inaczej.
Że to jak potoczyło się to wszystko...
Że będę zniszczona.
Jeszcze bardziej.
Tylko...
No jakimś cudem to zaakceptowałam.
Tak miało być.

Dzięki tej akceptacji poczułam się dobrze.
Pojawiła się harmonia.
Poczułam jakąś dziwną "moc sprawczą".
Znowu czuję, że mogę wszystko.
Ale nie chcę wszystkiego.

Nie chcę łaski.
Nie chcę obecności na siłę.
Nie chcę litości.
Itd.
Itp.

W pewien sposób jestem mu wdzięczna za to.
No bo pomógł mi odzyskać chochliki.
Stał się iskrą, która rozpaliła ogień.
Znowu płonę.
Znowu zaczynam być żywiołem.

Jestem jak ogień.
Jeśli ktoś wie jak się ze mną obchodzić to skorzysta.
Jeśli ktoś nie wie...
Współczuję.
Ogień niszczy.
Chociaż jest przydatny.
Ale ten pod kontrolą.

Jeszcze może się trafić piroman, który specjalnie podsyci żywioł.
Śmieszki heheszki.

Ćwiartka

Ten post.
Na ten temat.
Powinien pojawić się 5-6 dni temu.
Ale wtedy nie wiedziałam co pisać.
Zresztą piszę raczej na bieżąco.
Co w sercu.
Co w głowie.
To tu.

No to zakończyło się pierwsze ćwierćwiecze.
Nie wiem czy końca drugiego dożyję.
Nie ważne.

W każdym razie.
25lat życia teoretycznie to sporo.
Daje człowiekowi do myślenia.
Są różne życiowe lekcje i w ogóle.
Także kolejne ćwierć wieku człowiek powinien zaczynać mądrzejszy i takie tam.

Ale kiedy z natury jest się blondynką.
Naiwną.
Idiotką.
To chuj bombki strzela.
I nic się nie zmienia.
Żadnych wniosków.
Dalej te same błędy.
Miotam się od kłamcy do kłamcy.

A później płaczę, że płaczę.

Jakieś mądre rady?
Chętnie przyjmę.

Słuchać serca czy rozumu?

Co robić?

Może człowiek nigdy nie mądrzeje?

wtorek, 3 kwietnia 2018

love. love. love.

Smutne, ale prawdzie.
Kocham Gówniarza.
Ale wróciłam do Byłego.
Główny powód?
Bo Gówniarz mnie nie chce.
Wiem to nie fair.
Wobec mnie, Byłego.
Wobec Gówniarza w zasadzie trochę też.
Może nawet wobec całego "Wszechświata".
Ale skoro dzieje się to co się dzieje tzn, że "Wszechświat tak to zaplanował, no nie?

Zadecydował rozum.
Okej.
Były czasem robił awantury z dupy.
Ale chyba naprawdę mnie kocha.
I chyba jestem dla niego najważniejsza.

Czasem trzeba nauczyć się kochać to co dla nas lepsze.
Miłość może przyjść z czasem.
A jeśli coś się do kogoś już wcześnie czuło to po prostu może być łatwiej.
Tyle.

Ale pewne jest jedno.
I to się nie zmieni.
Czegoś takiego nigdy nie było w moim życiu.
Kocham tego głupiego, durnego Dzieciaka.
Na swój sposób nawet dobrze mi z tym.
Mimo całej bezsensowności to uczucie jest niesamowite.
Mogę powtarzać, że go nienawidzę.
Że nie chcę go więcej widzieć.
I że jeśli kiedykolwiek go jeszcze przypadkiem zobaczę, to nie będzie to coś miłego.
Nie prawda.
Zawsze miło będzie go zobaczyć.
Nawet bardzo miło.
Jego uroczy, pocieszny, jeszcze trochę dziecięcy i piegowaty pyszczek.
Ale raczej tego nie powiem na głos.

Wyrzucenie tego z siebie powoduje, że jest mi jakoś lepiej.
W ogóle od kiedy znowu to robię jest mi lepiej.
Łatwiej mi się poukładać.
Bo ja podchodzę do tego trochę jak do rozmowy.
Z Paulą.
To co bym jej powiedziała piszę tutaj.
Mniej więcej tak jakbym jej to powiedziała.
Nie ma tu jej odpowiedzi, ale ja się ich domyślam.
Znam ją.
Wiem czego się spodziewać.
Za co by mnie pochwaliła.
Za co by mnie zjebała
(za nic hue hue hue).









I love, watching your every move
Trying to get close to you
Seems like I'm falling in love
I feel, heaven under my feet
Wrapped up in silky sheets
Come lay your head down next to me


It's you who
I give the most to
I'll let you go when you need room
It's you who
I give my heart to
Baby be careful
I've only got one

I want to travel inside your mind
And find out what you like
So I can give you what you mean to me
You are a dream come true
My prayers were answered too
I've been searching all my life



It's you who
I give the most to
I'll let you go when you need room
It's you who
I give my heart to
Baby be careful
I've only got one



I love, watching your every move
Trying to get close to you
Seems like I'm falling in love
I feel, heaven under my feet
Wrapped up in silky sheets
Come lay your head down next to me



It's you who
I give the most to
I'll let you go when you need room
It's you who
I give my heart to
Baby be careful
I've only got one



niedziela, 1 kwietnia 2018

Jednak idiotka.

Tak się właśnie zastanawiam...
Dlaczego marnujemy czas?
Na rzeczy bezsensowne.
Zbędne.
Kłótnie.
Ludzi.

Tak jak Meredith i Derek.
"Derek kocha Meredith, a ona jego. Wszyscy to wiedzą tylko nie Derek i Meredith".

To przykre, że ludzie, którzy są sobie przeznaczeni, są dla siebie odpowiedni albo wręcz idealni dla siebie, mijają się, rezygnują z siebie, dla czegoś co ma być bezpieczne czy hmmm no po prostu znane.

Okropne jest to, że wolimy oklepane schematy, scenariusze, które doskonale znamy.
Boimy się zawalczyć o szczęście.
Boimy się sięgnąć po to czego pragniemy.
Taaaa czasem to nie jest proste.
Bo co?
Uprowadzę człowieka, którego kocham i zamknę go w piwnicy?
Syndrom sztokholmski te klimaty?
Mam w sobie coś z psychopaty albo bez przesady.

Chciałabym w swoim życiu porzucić te oklepane schematy i zacząć walczyć.
Tylko niestety to o co chcę walczyć jest niezależne ode mnie, bo dotyczy innych osób.
I zgadnijcie co...?
Tak naprawdę te inne osoby mają mnie w dupie.
A ja bym rzuciła w każdej chwili życie, które mam.

Może zostanę uciekającą panną młodą?
Na to nie liczę.
Serio.
Chociaż... jest facet, dla którego bym każdemu uciekła sprzed ołtarza.
Ale jak mówiłam, tak naprawdę ma mnie w dupie.
Od samego początku.
Bawił się.
Dalej czasem się bawi.
Wiem o tym.
I co?
I g... nic.
Nie potrafię nic zmienić.
Głupia i naiwna.

Nie zapomnę ani nie zawalczę, bo nie ma o co.

Lubię ryzyko.
Lubię adrenalinę.
Mogę zaryzykować i chętnie to robię.
Ale kosztem złamania, już i tak złamanego, serca?
Niestety nie tym razem.

Teraz zdecyduję się na to co znane.
Teoretycznie bezpieczne.

Najwyżej będę uciekać sprzed ołtarza.
Tak, Kocie, jestem tak bardzo głupia i naiwna, że uciekłabym.
Za 5... 10lat, tak samo jak teraz.

Przestałam wierzyć, że zmądrzeje.
Że się wyleczę.
Że zapomnę.
Dzisiaj.
Przed chwilą.

Szlag by to...

No to tak... dlaczego marnujemy czas...
Czasem niektórzy z jakiś powodów boją się być szczęśliwi.
A czasem, tak jak w moim przypadku, szczęście nie jest proste.
Niestety nie zawsze możemy mieć to, czego chcemy i na co zasługujemy.
Czyli wszystko co najlepsze.

Z drugiej strony... czy jeśli nie możemy mieć tego co najlepsze, to czy to nie oznacza, że to wcale takie nie jest i że gdzieś czeka coś jeszcze lepszego?
Chyba chwycę się tej myśli!