Oranyoranyorany.
W głowie mam sajgon. Totalną sieczkę. Pewne jest to, że muszę przestać się ładować w chore akcje z "dziećmi". Zwariuje przez to.
Chyba też muszę przestać przywiązywać się do ludzi.
Czy to, że szybko zaczynam kogoś lubić (tak, lubić, po prostu lubić) i w pewien sposób przywiązywać się do tych osób jest złe?
Moja wina, że po kilku wymienionych zdaniach (nie ważne czy w świecie rzeczywistym czy wirtualnym) jestem w stanie stwierdzić czy mogę kogoś polubić czy nie? No chyba nie moja wina...
Po prostu nie rozumiem.
Dlaczego ludzie najpierw ładują się komuś do życia czasem nawet na siłę, a później znikają?
Dla mnie to najgorsze co może być.
Sama myśl o tym, nawet nie w odniesieniu do konkretnej osoby, powoduje, że czuję jak zbliża się atak paniki.
Trzeba było przeczekać.
Szkoda, że nikogo obok nie ma.
Chociaż mógłby ktoś do mnie mówić, żeby mnie z tego wyrwać, uspokoić.
Już nawet nie oczekuję przytulenia...
A co dopiero mówić o pocałowaniu, które jest najskuteczniejsze, bo wtedy chcąc nie chcąc trzeba zwolnić, nie tylko oddech, ale wszystko inne zwalnia, bo wszystko inne znika, wszystko przestaje mieć znaczenie.
Wszystko fokusuje się tylko na tej jednej chwili, kiedy łączą się usta i dwa ciała zaczynają oddychać wspólnie.
Razem łatwiej.
Tego mi brakuje.
Potrzebuje kogoś kto przez chwilę za mnie pooddycha.
W takich chwilach kiedy ktoś oddycha za drugą osobę, to nie tylko jej pomaga, ale też walczy o tę drugą osobę.
Potrzebuję kogoś kto o mnie zawalczy.