Czuje sie zle, ale nie w sensie, ze jest mi niedobrze.
Po prostu czuje sie jakbym byla w dziurze. Uwieziona. Wbrew wlasnej woli.
Dawno mnie tu nie bylo, a pamietam, ze pisanie tu mi pomagalo.
Dlatego postanowilam, ze znowu cos z siebie wyrzuce, lepiej tak niz dusic to w sobie. Mam problem z ubieraniem mysli w slowa, kiedy mam je wypowiedziec. Lepiej, latwiej mi przelac mysli "na papier".
No to czas przejsc do rzeczy...
Facet mnie rzucil w urodziny. Powod? Nie popieram partii obecnie rzadzacej.
Serio? Ludzie rozstaja sie z tak... glupich powodow? Na poczatku mnie to bawilo, bo to tak glupie, ze az smieszne.
A teraz... czuje jakbym wpadla na sciane. Nie wiem co dalej. Nawet nie potrafie okreslic tego jak sie czuje. Jakbym wpadla pod rozpedzony pociag, ktorego nie ma jak zatrzymac i pozostaje tylko czekac, az ktos wyciagnie wrak spod tego pociagu, bo innego rozwiazania nie ma. Tak mi sie wydaje. Nawet najmniejszego swiatelka w tym tunelu nie ma.
Nie wiem co mam robic dalej z zyciem.
Poki co jedyny plan to napisanie pracy licencjackiej, ale nie mam na to sil. Nie mam sil na nic. Powinnam isc sie zameldowac u lekarza po kolorowe tabletki, ale nawet tego mi sie nie chce zrobic. Najchetniej zostalabym w lozku i gapila sie w sufit, ale niestety trzeba chodzic na zajecia, a co za tym idzie spotykac ludzi i udawac, ze jest ok. Przydaloby mi sie jakies 36,6, zeby moc sie przytulic, nie wazne czy facet czy kobieta, po prostu czlowiek, ktory uspokoi moj uklad wspolczulny.
Jestem wrakiem. Rozbitkiem, ktory utknal na bezludnej wyspie, ktory bardzo chcialby sie z niej wydostac, ale nie potrafi. Do tej pory tak bylo dobrze, ale juz chyba nie jest.