czwartek, 20 października 2016

Chciałabym...

Ja po prostu chciałabym dać sobie radę.
Chciałabym przejść przez to.
Chciałabym, żeby jeden jedyny raz od początku do końca dał mi powiedzieć co dokładnie się wtedy stało, żebym mogła to z siebie wyrzucić, bo mi też nie jest łatwo.
Boli mnie to przez co znowu, po mniej więcej 7 latach. muszę przechodzić od nowa.
Tym razem powinno być łatwiej, ale nie jest.
Może by było, gdybym mogła z nim porozmawiać, ale wiem, że jemu jest ciężko.
Nienawidzę się.
Mam przeczucie, że on nie mógłby już na mnie spojrzeć.
Znowu płaczę.
Nie chcę, żeby się litował.
Chciałabym... oddałabym wszystko za to, żeby mnie jeszcze chciał.
Zrozumiem, jeśli nie będzie chciał.
Ja bym siebie nie chciała. Nigdy.
Kto by chciał idiotkę, która pozwala na to, żeby ktoś ją znowu, drugi raz w życiu...
Już było ze mną całkiem ok, już byłam całkiem normalna, już dobrze o sobie myślałam i spotkałam kolejnego... i znowu czuję się śmieciem, znowu czuję się beznadziejna...
Powinnam wiedzieć jak się bronić, ale faceci są tacy przerażający, boję się ich, paraliżują mnie kiedy są zbyt blisko.
Tylko nie Ten Mój Jeden Jedyny (chociaż od wczoraj już nie mój, chyba, nawet nie wiem czy mnie już zostawił czy jeszcze nie), przy nim czuję się tak bardzo swobodnie, jakby cała reszta nie miała znaczenia, jakbym była bezpieczna i nikt nigdy nie mógł mnie już skrzywdzić.
Chciałabym się do niego przytulić.
Przeraża mnie jak bardzo ważny stał się dla mnie w tak krótkim czasie.
Nie sądziłam, że kiedykolwiek będę w stanie kogokolwiek pokochać tak, jak kocham jego.
Nie sądziłam, że w ogóle będę w stanie kogokolwiek kiedykolwiek pokochać, przecież boję się ich...
Jedno jest pewne, jeśli odejdzie ode mnie, ja nie odejdę od niego, nie potrafię porzucić tego uczucia, nigdy nie zacznę niczego nowego.
Ale nawet podoba mi się ta perspektywa. Chciałabym zawalczyć, ale nie wiem nawet czy jeszcze umiem, czy znalazłabym siły.
Teraz musiałabym walczyć o niego (o nas) i o siebie, nie wiem, czy jestem w stanie walczyć o tak wiele na raz.
A jeśli się zdecyduje, żeby zawalczyć o nas i o siebie, ale po kolei? Od czego zacząć? Od nas? Czy od siebie?
Wiem, że walka o mnie, jeśli robię wszystko tak jak powinnam może potrwać jeszcze kilka tygodni, ale mogę ją wygrać, a walka o nas... nie wiem ile może potrwać, nie wiem czy w ogóle jest chociaż cień szansy, żebym mogła wygrać tę walkę...
Tylko cholera... mówię o mężczyźnie, za którego byłabym w stanie oddać życie, powinnam walczyć, nawet jeśli oznacza to, że sama się rozpieprzę do końca, nie mogę odpuścić miłości życia...
Zresztą nie chcę odpuszczać. Nie jego. Pierwszy raz myśląc o tym, że coś ma się zakończyć czuję się jak w pułapce, przy innych, którzy byli przed nim praktycznie modliłam się o rozstanie, bo bycie wolnym było wolnością... teraz czuję się wolna przy nim, dzięki niemu, będąc z nim.
Czegoś takiego nie można odpuścić.
Nie chcę. Nie chcę. Nie chcę.
Kocham go, naprawdę w końcu kogoś kocham.
Zrobię wszystko, żeby to naprawił, żeby był w stanie na mnie patrzeć, rozmawiać ze mną, przytulać mnie, całować, dotykać...
Chociaż nie chciałbym, żeby robił to z litości...