Nienawidzę tego kiedy uświadamia, że najprawdopodobniej marzenia się nigdy nie spełnią. Dzisiaj tego doświadczyłam.
Chciałam mieć rodzinę, dzieci... dziś okazało się, że raczej tego mieć nie będę.
Po 1 najprawdopodobniej spieprzyłam sprawę z moim Ukochanym (drugiej takiej idiotki jak ja na świecie nie ma, znalazłam mężczyznę jakiego szukałam no i... dupa...)
Po 2 dzisiaj byłam odebrać wyniki od gine... w ułamku sekundy poczułam jak wszystko o czym marzyłam legło w gruzach... "nie wiem od jak dawna pani to ma... cóż przykro mi to stwierdzić, ale albo niestety już jest pani bezpłodna albo bardzo prawdopodobne, że stanie się to w najbliższym czasie, jednak miejmy nadzieję, że nie jest za późno i jeszcze możemy powalczyć, od dziś zaczynamy leczenie".
Mam ochotę płakać, krzyczeć, zamknąć się w sobie, skulić w łóżku i nigdy z niego nie wychodzić. Zastanawiam się czy cokolwiek ma jeszcze sens, ja, życie, cokolwiek.
Nie wiem.
W głowie mam chaos.
Pierdolona gonitwa myśli.
Ostatni raz, kiedy tak miałam, żeby je uspokoić wzięłam coś.
Tym razem nie mogę.
Nie chcę.
Muszę tu.
Muszę jakoś.
Dam radę.
Dam radę?
Nie wiem.
Może czasem lepiej czegoś nie słyszeć.
Albo udawać, że się nie słyszało.
Nie drążyć niektórych tematów.
Znalazłam faceta... odpowiedniego.
Tylko kurwa mać.
Ja jestem do niczego.
I on chyba w końcu to zauważył.
On jest dla mnie jak haust świeżego powietrza.
Tonęłam, a on mnie uratował.
Dlaczego zawsze muszę spierdolić to co jest dobre w moim życiu?
Jestem idiotką.
Nie wiem. Wydaje mi się, że to już koniec.
Nigdy w moim życiu nie było nic lepszego.
No ale jestem idiotką i oczywiście musiałam to spieprzyć.
Jestem zbyt beznadziejna.
Wiedziałam od początku, że tacy faceci nie interesują się takimi jak ja.
Śniłam na jawie. Najwidoczniej czas najwyższy się obudzić.
To nie jest tak, że On jest zły czy coś... po prostu to ja jestem ta zła, a On po prostu przejrzał na oczy.
Czuję jak moje serce powoli zaczyna pękać na milion malusieńkich kawałków. Prawdopodobnie już nigdy go nie poskładam.
Na pewno już nigdy nikogo innego nie będę chciała. To jest... był dla mnie Ten Jeden Jedyny, widocznie ja dla niego nie jestem Jedną Jedyną...
Ale nigdy nie zapomnę jak się czułam dzięki Niemu. Czułam się wyjątkowo. Dobrze, że wszystko przypomniało mi, że tak nie jest. Muszę zapamiętać, że jestem zwykła, nijaka. Czas najwyższy.
Jestem troszeczkę bardzo głupia.
Spóźniający się okres wyprowadza mnie z równowagi bardziej niż wszystko inne.
Do tego gorączka odebrała mi resztki rozumu.
Miałam się przespać i miało być lepiej. I co? I jest gorzej. Pół nocy płacz, a drugie pół zaprzyjaźniałam się z kibelkiem.
Albo wiadomo co... albo mam jakiś problem ze zdrowiem ("pani Adrianno nie można wykluczyć najgorszego, ale proszę się nie denerwować"). Boję się, bo cokolwiek to jest, zostałam z tym sama. Chyba. Przynajmniej tak to wczoraj zrozumiałam.
Taaak. Ja która ze wszystkimi radziłam sobie sama, już tego nie chcę. W końcu chciałabym, żeby ktoś się mną zaopiekował. Ale nie byle kto, tylko ktoś konkretny. Tyle że ja, jak to ja, będąc przerażona zawsze muszę coś zepsuć. Więc mogę sobie pomarzyć.
Znowu muszę nauczyć się jak sobie samej radzić ze wszystkimi problemami. Chociaż tak bardzo nie chcę...
Nie wiem co robić.
Najchętniej leżałabym i ryczała. Tylko na to mam siłę.
Chyba muszę częściej ogarniać myśli. Nie wiem. Naprawdę nie wiem.
Zadzwonił wczoraj. Ugh... zeszło ze mnie całe ciśnienie. Tyle że... strasznie mnie wkurzył. No bo ja się denerwuje, martwię, odchodzę od zmysłów, a on dzwoni cały rozradowany. Super.
Nie no... jasne że się cieszę, że wszystko ok, ale to nie zmieni tego, że się denereowałam i że nie przespałam nocy.
Po rozmowie z nim praktycznie cały dzień przepłakałam. Ciśnienie w końcu ze mnie zeszło. Wieczorem jak kładłam się spać byłam cholernie wyczerpana. Całe szczęście zasnęłam jak tylko poczułam poduszkę przy głowie.
Problem w tym, że teraz numer z którego wczoraj dzwonił też nie odpowiada.
Zara zwariuje. Za chwilę oszaleję. Nie wiem co robić.
Od czwartkowego wieczora nie mam kontaktu z Piotrusiem. Wydawało mi się, że wszystko między nami jest dobrze. Teraz nie wiem. Może jednak nie było?
W głowie mam różne myśli albo że mnie już nie chce, ma mnie dość i zmienił numer, żebym nie mogła mu głowy zawracać, albo że coś mu się stało.
Naprawdę nie wiem co robić.
Nie potrafię myśleć o niczym innym jak to co z moim Piotrkiem...
Nie wiem co mam robić. Co powinnam?
Jest mi cholernie nie dobrze. Ta sytuacja mnie paraliżuje. Nie potrafię wyjść z łóżka. Leżę i płaczę.
Nie sądziłam, że można się aż tak o kogoś martwić.
Nie sądziłam, że można aż tak kogoś kochać.
Boję się. Zaczynam świrować. Duszę się. Chce mi się wymiotować. Nie mogę się skupić. Zaraz mi serce pęknie z nerwów. Niech mi ktoś pomoże.
środa, 7 września 2016
Zastanawiam się czy kiedykolwiek cokolwiek mi się w życiu ułoży. Może najwidoczniej nie zasługuję na szczęście? Ale nie na takie tylko na 5minut...