niedziela, 18 września 2016

Nie chcę.

Jestem troszeczkę bardzo głupia.
Spóźniający się okres wyprowadza mnie z równowagi bardziej niż wszystko inne.
Do tego gorączka odebrała mi resztki rozumu.
Miałam się przespać i miało być lepiej. I co? I jest gorzej. Pół nocy płacz, a drugie pół zaprzyjaźniałam się z kibelkiem.
Albo wiadomo co... albo mam jakiś problem ze zdrowiem ("pani Adrianno nie można wykluczyć najgorszego, ale proszę się nie denerwować"). Boję się, bo cokolwiek to jest, zostałam z tym sama. Chyba. Przynajmniej tak to wczoraj zrozumiałam.
Taaak. Ja która ze wszystkimi radziłam sobie sama, już tego nie chcę. W końcu chciałabym, żeby ktoś się mną zaopiekował. Ale nie byle kto, tylko ktoś konkretny. Tyle że ja, jak to ja, będąc przerażona zawsze muszę coś zepsuć. Więc mogę sobie pomarzyć.
Znowu muszę nauczyć się jak sobie samej radzić ze wszystkimi problemami. Chociaż tak bardzo nie chcę...
Nie wiem co robić.
Najchętniej leżałabym i ryczała. Tylko na to mam siłę.
Chyba muszę częściej ogarniać myśli. Nie wiem. Naprawdę nie wiem.

niedziela, 11 września 2016

...

Zadzwonił wczoraj. Ugh... zeszło ze mnie całe ciśnienie. Tyle że... strasznie mnie wkurzył. No bo ja się denerwuje, martwię, odchodzę od zmysłów, a on dzwoni cały rozradowany. Super.
Nie no... jasne że się cieszę, że wszystko ok, ale to nie zmieni tego, że się denereowałam i że nie przespałam nocy.
Po rozmowie z nim praktycznie cały dzień przepłakałam. Ciśnienie w końcu ze mnie zeszło. Wieczorem jak kładłam się spać byłam cholernie wyczerpana. Całe szczęście zasnęłam jak tylko poczułam poduszkę przy głowie.
Problem w tym, że teraz numer z którego wczoraj dzwonił też nie odpowiada.

sobota, 10 września 2016

.

Zara zwariuje. Za chwilę oszaleję. Nie wiem co robić.
Od czwartkowego wieczora nie mam kontaktu z Piotrusiem. Wydawało mi się, że wszystko między nami jest dobrze. Teraz nie wiem. Może jednak nie było?
W głowie mam różne myśli albo że mnie już nie chce, ma mnie dość i zmienił numer, żebym nie mogła mu głowy zawracać, albo że coś mu się stało.
Naprawdę nie wiem co robić.
Nie potrafię myśleć o niczym innym jak to co z moim Piotrkiem...
Nie wiem co mam robić. Co powinnam?
Jest mi cholernie nie dobrze. Ta sytuacja mnie paraliżuje. Nie potrafię wyjść z łóżka. Leżę i płaczę.
Nie sądziłam, że można się aż tak o kogoś martwić.
Nie sądziłam, że można aż tak kogoś kochać.
Boję się. Zaczynam świrować. Duszę się. Chce mi się wymiotować. Nie mogę się skupić. Zaraz mi serce pęknie z nerwów. Niech mi ktoś pomoże.

środa, 7 września 2016

Zastanawiam się czy kiedykolwiek cokolwiek mi się w życiu ułoży. Może najwidoczniej nie zasługuję na szczęście? Ale nie na takie tylko na 5minut...

Idiotka.

Znalazłam kogoś wyjątkowego. To przypadek.
Nigdy nie zapomnę momentu kiedy weszłam do baru i go zobaczyłam. Nogi mi się ugięły. Początek był ciężki. Teraz też nie jest łatwo. Troszeczkę nas dzieli, ale dla mnie to nie ma znaczenia, wiem, że damy radę (jeśli tego nie spierdolę). Może to banał, ale faktycznie można poza kimś świata nie widzieć. Dawno nie czułam, że wszystko jest na swoim miejscu, że wszystko jest jak powinno być - teraz tak czuję, no może nie do końca, bo tak będzie jeśli kiedyś zamieszkamy razem. Piotrek skradł moje serce. Zakochałam się. Na zabój. Bez pamięci. Nieodwracalnie. Na zawsze. Ale boję się jak jasna cholera. Wiem, że też dla niego jestem ważna, że mnie nie skrzywdzi - cholera jasna, ja w końcu ufam jakiemuś facetowi. Tylko, że te moje pieprzone problemy. Ta moja cholerna przeszłość. Ciągle się boję wszystkiego. Do tego coraz częściej mam natłok myśli, za mało tu pisze... i później pierdolnę jakąś głupotę, która nie całkiem oddaje to o co mi chodzi, a może być odebrana zupełnie inaczej (brawo kurwa ja). No i tak mimo że bardzo nie chcę ciągle coś pierdolę. Nawet nie wiem czy aktualnie jesteśmy razem czy nie. Kiedy myślę o tym, że nie do oczu napływają mi łzy i czuję jak mi serce pęka...


Jakieś plusy? Ze zdrowiem niby lepiej. Chociaż głowa coraz częściej boli, a ja jak zawsze tłumaczę to "odwodnieniem", no dobra czasem tak, ale nie zawsze. Wymiotuję też "częściej" niż "zwykle". Prawe kolano odmawia mi posłuszeństwa. Czyli ogólnie... jednak nie lepiej. Ale skoro miały być plusy to będą! Serce się uspokoiło i są lepsze wyniki, od kilku miesięcy, od kiedy się życie uspokoiło, od kiedy jest Piotruś. Juhu kurwa.


Dwa dni temu myślałam, że w końcu wszystko się układa. No ale... jestem skończoną idiotką i jak zwykle muszę spierdolić to na czym mi zależy.

Jutro.

W nawiązaniu do ostatniego postu - sprzed kilku miesięcy:

#1 po kolejną partię kolorowych proszków się nie ruszyłam (oczywiście, że z lenistwa) - poza tym już i tak nie bardzo chcą mi je przepisywać - tym bardziej na stałe.

#2 licencjat. Obrona na 5! ale na dyplomie 4,5 - dramat. Jakimś cudem znalazłam motywację albo raczej motywacja znalazła mnie.

#3 mój były... właśnie przypomniałam sobie dlaczego mnie zostawił - płaczę ze śmiechu. Właściwie powinnam mu podziękować, wyświadczył mi przysługę zostawiając mnie.

#4 mam 36,6, ale nie jakieś tylko takie nieidealne, wymarzone, odpowiednie... chociaż biorąc pod uwagę to jaką jestem idiotką za chwilę to koncertowo spierdolę.

poniedziałek, 11 kwietnia 2016

Dzis.

Czuje sie zle, ale nie w sensie, ze jest mi niedobrze.
Po prostu czuje sie jakbym byla w dziurze. Uwieziona. Wbrew wlasnej woli.
Dawno mnie tu nie bylo, a pamietam, ze pisanie tu mi pomagalo.
Dlatego postanowilam, ze znowu cos z siebie wyrzuce, lepiej tak niz dusic to w sobie. Mam problem z ubieraniem mysli w slowa, kiedy mam je wypowiedziec. Lepiej, latwiej mi przelac mysli "na papier".

No to czas przejsc do rzeczy...
Facet mnie rzucil w urodziny. Powod? Nie popieram partii obecnie rzadzacej.
Serio? Ludzie rozstaja sie z tak... glupich powodow? Na poczatku mnie to bawilo, bo to tak glupie, ze az smieszne.
A teraz... czuje jakbym wpadla na sciane. Nie wiem co dalej. Nawet nie potrafie okreslic tego jak sie czuje. Jakbym wpadla pod rozpedzony pociag, ktorego nie ma jak zatrzymac i pozostaje tylko czekac, az ktos wyciagnie wrak spod tego pociagu, bo innego rozwiazania nie ma. Tak mi sie wydaje. Nawet najmniejszego swiatelka w tym tunelu nie ma.
Nie wiem co mam robic dalej z zyciem.
Poki co jedyny plan to napisanie pracy licencjackiej, ale nie mam na to sil. Nie mam sil na nic. Powinnam isc sie zameldowac u lekarza po kolorowe tabletki, ale nawet tego mi sie nie chce zrobic. Najchetniej zostalabym w lozku i gapila sie w sufit, ale niestety trzeba chodzic na zajecia, a co za tym idzie spotykac ludzi i udawac, ze jest ok. Przydaloby mi sie jakies 36,6, zeby moc sie przytulic, nie wazne czy facet czy kobieta, po prostu czlowiek, ktory uspokoi moj uklad wspolczulny.
Jestem wrakiem. Rozbitkiem, ktory utknal na bezludnej wyspie, ktory bardzo chcialby sie z niej wydostac, ale nie potrafi. Do tej pory tak bylo dobrze, ale juz chyba nie jest.