Wczoraj byłam szczęśliwa, mniej więcej. Dzisiaj moje serce powoli pęka. Co dalej? Nie wiem. Czekam. Nie mam wieczności. Nie chce tekstów w stylu "to nie miało znaczenia". Gdyby nie miało, to by tego nie było. Wszystko ma znaczenie. Niestety ja doskonale o tym wiem, nie robi się niczego bez przyczyny.
Znowu ta piosenka. Jak to powiedział kiedyś Wujaszek kochany "kiedy wszystko jest bez sensu to ta piosenka jako jedyna ma sens choć tak naprawdę nie ma sensu". Dobrze, że jest Paweł i Paula, bo inaczej nie miałabym do kogo się zwrócić tak naprawdę. I Natalia (hue hue hue). http://kwiaty-warszawa.pl/ciekawostki/mowa-kwiatow-1.html
Czasem moje przebłyski mnie zaskakuję, oto jeden z nich: "muszę się jednak z Tobą zgodzić, ideały nie istnieją, do ideału nie można się przytulić, to jest prawda, poza tym, tak serio na dłuższą metę nie znudziłby Cię ideał? wiesz czego się spodziewać, niczym Cię nie zaskoczy, nic do odkrycia… moim zdaniem ludzie popełniają błąd szukając ideału, to strata czasu, powinno się szukać kogoś odpowiedniego, przy kim serce mocniej zabije, przy kim zacznie się myśleć, że słowa "i ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz że cię nie opuszczę aż do śmierci" mają sens, a nie będą tylko "odklepane" dlatego, że samotność jest czymś przerażającym, kogoś komu będzie chciało się te słowa powiedzieć i będzie można to powiedzieć patrząc prosto w oczy, bez najmniejszego zawahania, kogoś z kim można się pokłócić i po chwili normalnie rozmawiać, kogoś komu patrząc w oczy widzisz duszę, kogoś równie nienormalnego, kogoś kto potrafi wywołać uśmiech niezależnie od wszystkiego, kto będzie słuchał, słyszał i próbował zrozumieć, kogoś przy kim w oczach zapala się takie ciepłe światełko, kogoś kto będzie potrafił zaakceptować wady i sam będzie je miał, z kim wzajemnie będzie pracować się nad tymi wadami, kogoś przy kim nie będzie bało się spać, komu będzie można zaufać, kogoś na tyle wyjątkowego przy kim mimo całego popieprzonego świata będzie się wierzyło w miłość i będzie się chciało żyć mimo trudniejszych chwil itd itd."
Zaczęłam się zastanawiać nad pewną rzeczą. W życiu pojawiają się różne osoby, na krócej, dłużej, nie ważne, ale się pojawiają. Mówimy, że jesteśmy zakochani. Czy to prawda? Myślę, że tak. Bo czymś innym jest bycie zakochanym, a czym innym jest kochanie kogoś (przynajmniej moim zdaniem). Zakochanie w kimś, może doprowadzić do pokochania tego kogoś. To trochę bez sensu. Wiem, ale takie jest moje zdanie. Czy często możemy się zakochiwać? Moim zdaniem tak. Za to nie możemy często kochać, bo pokochanie kogoś to proces długotrwały. Czy można kochać i być zakochanym jednocześnie? Raczej nie. Jedno jest następstwem drugiego, więc się wyklucza. Szymon Wydra - Samotna tak/Poznański <3 <3 <3
... powiedzieć coś, ale nie mogę. Są rzeczy, których nie można powiedzieć. Nigdy. Niezależnie jak bardzo chcielibyśmy, aby słowa, myśli zostały wypowiedziane. Czasem lepiej poczekać, aż ktoś sam się domyśli, ale czy wszystkiego można się domyślić? Czasem domysły są błędne. Gdzie sens. Gdzie logika. Zastanawiam się, dlaczego ludzie hmmm nie do końca potrafią ze sobą rozmawiać? Najczęściej jest tak, że po prostu do siebie mówią, ale nikt nikogo nie słucha, wtedy i tak nie zauważa się chaosu, wynikającego z braku porozumienia. Moim zdaniem najgorzej jest kiedy ludzie mówią do siebie i słyszą, wtedy niby jest porozumienie, ale czy tak na prawdę wiemy o co chodziło drugiej osobie? Czy sami uważamy, że druga osoba zrozumiała nas w sposób zadowalający? Pewnie nie. Czy nie lepiej więc po prostu, po ludzku usiąść z drugą osobą i powiedzieć co kogo boli? Kawała na ławę. Gra w otwarte karty. Jakie to byłoby piękne. Tylko... po co? Jak to po co?! (Czasami moje wewnętrzne dylematy mnie rozbrajają, ale przynajmniej mogę poprowadzić dyskusję i coś tu napisać.) Po co wyjaśniać? Żeby nie było niepotrzebnych nieporozumień. Przerabiałam to kilka razy. Za dużo emocji. Za dużo nerwów. Za mało rozmowy. Nagle któregoś dnia budzisz się i okazuje się, że nie masz nic, a mogłeś mieć wszystko.
Mężczyzna, który się mną zajmie, zaopiekuje, przed którym nie będę musiała udawać, tak jak przed wszystkimi, ze jestem silna i ze wszystkim sobie radzę, który mnie będzie pilnował, żebym o siebie zadbała, w sensie żywiła się normalnie i rzuciła papierosy, do którego będę mogła się przytulic, kiedy najdzie mnie ochota, bez zastanawiania się czy wypada, któremu będę mogła się wypłakać i nie zapyta o co chodzi, tylko przytuli i poczeka, aż mi przejdzie, a jak się na niego wścieknę i zacznę go "bić" to mnie przytuli i poczeka, aż się uspokoję, który będzie mnie traktował jak księżniczkę, na którym się nigdy nie zawiodę, który mnie nie skrzywdzi, który będzie tylko dla mnie, o którego nie będę musiała być zazdrosna, bo to inne będą zazdrosne, ale ja nie będę musiała się bać, że mnie zdradzi, takiego który będzie lubił Barce, żebym mogła z nim oglądać mecze bez spiny.
Jestem po Twojej. Zawsze. "Kogoś takiego mi trzeba. Ale czy tacy ludzie na prawdę istnieją? Tacy ludzie albo chociaż ten jeden, najważniejszy, ten który zawsze będzie obok, niezależnie od tego co się będzie działo, nie będzie pytał o powód złego humoru tylko PRZYTULI i poczeka, aż przyjdzie ten moment, kiedy poczuję się bezpiecznie i sama powiem co mnie boli." - tak jest! PAULINKA! Ale tak serio czy w każdej sytuacji można być po "czyjejś" stronie? Czy zawsze jest słuszne popieranie jednej i tej samej osoby? Jeśli chodzi o mnie, to wiem, że są osoby, za którymi zawszę stanę murem. A może należny być po stronie słabszego/uciśnionego? Ale co, jeśli on nie ma racji? A możne... możne czas stanąć po stronie prawdy? Może to przede wszystkim czas, aby stanąć z prawda twarzą w twarz? Może czas przestać się bać? Może czas powiedzieć co się stało? Ale... nie chce afery. Nie chce rozgrzebywania tego. Nie. Szczerze tylko z najbliższymi.
Ale kim oni są? Nie ważne. Wyjdzie w praniu. Co zrobić kiedy okazuje się, ze największym problemem wcale nie jest to, co się wydaje nim być? Jak poradzić sobie z czymś, z czym nie można sobie poradzić, przez kilka lat? Jak przestać się w końcu bać facetów? Jak zaufać? Jak uwierzyć, że nie chodzi o "jedno"? I jak nie robić "tego" z poczuciem obowiązku? Jak przestać myśleć, że jeśli nie dam mu "tego", to odejdzie?
Jest godzina 14:42, 14 listopada 2013. A ja dalej cierpię po wydarzeniach 8 maja 2009. Jest godzina 19:31, kończę pisać notatkę. Dalej nie wiem co i jak zrobić. Jeśli skończą się te lęki, będę mogła wyjść z nałogu. Mam nadzieję. Dopóki się nie skończą, nawet nie próbuje.