Nigdy nie zapomnę momentu kiedy weszłam do baru i go zobaczyłam. Nogi mi się ugięły. Początek był ciężki. Teraz też nie jest łatwo. Troszeczkę nas dzieli, ale dla mnie to nie ma znaczenia, wiem, że damy radę (jeśli tego nie spierdolę). Może to banał, ale faktycznie można poza kimś świata nie widzieć. Dawno nie czułam, że wszystko jest na swoim miejscu, że wszystko jest jak powinno być - teraz tak czuję, no może nie do końca, bo tak będzie jeśli kiedyś zamieszkamy razem. Piotrek skradł moje serce. Zakochałam się. Na zabój. Bez pamięci. Nieodwracalnie. Na zawsze. Ale boję się jak jasna cholera. Wiem, że też dla niego jestem ważna, że mnie nie skrzywdzi - cholera jasna, ja w końcu ufam jakiemuś facetowi. Tylko, że te moje pieprzone problemy. Ta moja cholerna przeszłość. Ciągle się boję wszystkiego. Do tego coraz częściej mam natłok myśli, za mało tu pisze... i później pierdolnę jakąś głupotę, która nie całkiem oddaje to o co mi chodzi, a może być odebrana zupełnie inaczej (brawo kurwa ja). No i tak mimo że bardzo nie chcę ciągle coś pierdolę. Nawet nie wiem czy aktualnie jesteśmy razem czy nie. Kiedy myślę o tym, że nie do oczu napływają mi łzy i czuję jak mi serce pęka...
Jakieś plusy? Ze zdrowiem niby lepiej. Chociaż głowa coraz częściej boli, a ja jak zawsze tłumaczę to "odwodnieniem", no dobra czasem tak, ale nie zawsze. Wymiotuję też "częściej" niż "zwykle". Prawe kolano odmawia mi posłuszeństwa. Czyli ogólnie... jednak nie lepiej. Ale skoro miały być plusy to będą! Serce się uspokoiło i są lepsze wyniki, od kilku miesięcy, od kiedy się życie uspokoiło, od kiedy jest Piotruś. Juhu kurwa.
