No bo w sumie to obiecał, że namaluje mi dzień.
Ba! Że namaluje mi życie.
Miał pokolorować moją czarną tęczę i co?
I g...
I nic.
To w sumie śmieszne.
Pierdyliard razy już słyszałam "jestem inny, nie skrzywdzę Cię, ja taki nie jestem, ja nie zniknę nagle, nie zniknę z Twojego życia bez słowa".
Śmieszne w tym jest to, że jak dotąd ten pierdyliard razy wychodziło na to, że jednak jest jak wszyscy i że mniej lub bardziej świadomie, ale jednak krzywdził, no i oczywiście o dziwo zawsze znikają, do tego przeważnie bez słowa.
A to boli mnie najbardziej.
Znikanie.
Porzucanie.
(Dobra, jest taki co to faktycznie jest inny od innych, wysokie pięć Szwagier!)
Zastanawiam się czy to ze mną jest coś nie tak.
Czy posiadanie tak dużej wiary w ludzi i nadziei na szczęście, na istnienie kogoś wyjątkowego oznacza, że coś ze mną nie tak?
A może jestem po prostu zbyt naiwna?
Nie wiem.
Wiem na pewno, że zamierzam spróbować pierdyliard pierwszy raz.
Nie teraz zaraz już.
Ale tak w ogóle.
Gdzieś jest ktoś, kto spowoduje, że moja tęcza przestanie być czarna.
Naprawdę chcę wierzyć w to, że jest ktoś kto wprowadzi w moje życie kolor.
Chcę tęczowej tęczy.
Nie czarnej.
Może za dużo wymagam od mężczyzn?
Ale nie mogę obniżyć "standardów".
Zresztą, moje i tak nie są jakieś super wygórowane, wyszukane.
Bo przecież nie chodzi o wygląd.
Serio, w moim przypadku to nie ma znaczenia.
Ekspresowy przegląd.
Serce skradli mi:
* tacy co to prawie dwa metry mają, ale też tacy ciut wyżsi ode mnie (przy których obcasów nie mogłam założyć)
* tacy misiowaci, powiedziałabym, że ze sporą nadwagą, ale też tacy noooo idealnie wyrzeźbieni, ale też tacy co w sumie jak wiatr zawieje to może takiego zdmuchnąć
* tacy z ryjem z żurnala i tacy normalni, swojscy
* łysi, bruneci, szatyni, blondyni i rudzi.
Mówiłam.
Wygląd nie ma znaczenia.
Każdy z nich miał coś odpowiedniego.
Coś co mi odpowiadało.
Co było dla mnie dobre.
Albo nie...
Część z nich miała coś odpowiedniego.
Reszta ściemniała i udawała.
Większość ściemniała i udawała.
To co?
Jest gdzieś "artysta"?
Prince Charming?
Ktoś odpowiedni?
Kto pomaluje mój dzień, moje życie?
Gdzieś na pewno.
Nie chciałam szukać.
Chciałam być znaleziona.
Ale to bez sensu.
Nic samo nie przychodzi.
Szczęściu trzeba pomóc.
"Zobaczył ją tak bardzo blisko
Tak naturalnie, przepiękną Lili,
I zapamiętał kolor, wszystko,
Już zakochany był, tak zakochany był!
Na jego oczach było lśnienie,
Kolory, barwy i jej odcienie,
I jeszcze ta obietnica dana:
Ja namaluję Lili dzień!
Szarawy świat odejdzie szybko,
Poleci z nieba kolorowy pył.
Powoli wiatrem spadał nisko,
Zaczarowany był, zaczarowany był!
On zakochany był jej radością,
Zauroczony w korowodzie słów!
I poza jego świadomością,
Odwagę dano mu, żeby do Lili mówił
jedno:
Ja namaluję dzień Twoją ręką
Na ziemi pojawi się cud!
Dotykiem koloruję na niebiesko,
Zamieni się czarne na róż!
Ja namaluję dzień Twoją ręką
Na Ziemi pojawi się cud!
Dotykiem koloruję na niebiesko,
Zamieni się czarne na róż!
Miliardy nowych gwiazd na niebie,
Miliony wierszy, które znała już!
Tysiące barw, gdzie ona drzemie
I parę złotych róż, i kilka białych róż!
Dostała wszystko za spojrzenie,
Za mały dotyk, przypadkowy ruch,
To wszystko nie jest jej marzeniem,
I powiedziała mu, żeby do Lili mówił jedno:
Ja namaluję dzień Twoją ręką
Na Ziemi pojawi się cud.
Dotykiem koloruję na niebiesko,
Zamieni się czarne na róż!
Ja namaluję dzień Twoją ręką
Na Ziemi pojawi się cud.
Dotykiem koloruję na niebiesko,
Zamieni się czarne na róż!
A kiedy zajdą te dni
I jego słodka Lili
Odjedzie we mgle czarnym koniem ole!
Powie, że to nie grzech!
Jego kolej na gest,
Bo wie gdzie ona jest,
I weźmie do rąk
Morze Czarne i ją,
Zaczaruje w tę noc!
Do Lili powie jedno:
Ja namaluję dzień Twoją ręką
Na Ziemi pojawi się cud.
Dotykiem koloruję na niebiesko,
Zamieni się czarne na róż!
Ja namaluję dzień Twoją ręką
Na Ziemi pojawi się cud.
Dotykiem koloruję na niebiesko,
Zamieni się czarne na róż!"