Czyżbym miała stracić kolejnych ziomeczków? Serio?
Za mną 3tydzień leczenia. Od jutra 150mg. 100rano. 50wieczorem. Po 6tyg dojdę do 200mg/dobę. Maksymalna dawka. Łącznie 14tygoni. Ponoć ze mną teraz jest tak jakbym miała uraz kręgosłupa i przechodziła rehabilitacje, która ma skończyć się za 11tygodni. Każdy dzień to próba postawienia kroku o własnych siłach. Codziennie nowe zadania. Nowe wyzwania. Wszystko to ma prowadzić do możliwości normalnego funkcjonowania w społeczeństwie. Chociaż ma efekt uboczny. Za 14tygodni będę nowym człowiekiem. Co za tym idzie wolnym od uczuć, które posiadam teraz (przed leczeniem). Chyba, że osoby, które nimi darze, będą obecne w trakcie mojego powrotu do zdrowia. Może to i lepiej, że niektórzy się wymiksowali. Chyba tego potrzebuję. Chyba tego chcę. A zdaniem mojego psychiatry tak sobie żyje z depresją od kilku lat (jestem psychiczna hue hue hue może od zawsze?).
Ale ostatnie dni wprowadziły też inne zmiany. Zastanawiam się czy to kolejne przekleństwo, czy może błogosławieństwo? Na moim nowym roku są ludzie, którzy są fajni. Do których zaczynam się przyzwyczajać. Dopasowywać. Oni chyba zaczynają mnie lubić. Moja grupa zaczęła mnie nawet lubić, tzn w części. W piątek moja grupa ćwiczeniowa miała zajęcia z opiekunem roku, mieliśmy na nich wybrać starościnę/starostę grupy. Z tego co wiem, to część osób chciała mnie i ja też chciałam być, ale ni z gruszki ni z pietruszki na pytanie czy zrobiliśmy sami głosowanie i wybraliśmy kogoś jedna z dziewczyn podała imię innej koleżanki, więc ja i chłopacy wielkie oczy i jeden z nich zgłosił, że z tego co mu wiadomo nie było żadnego głosowania, więc to jest samowolka, a on się na coś takiego nie godzi. Oczywiście było głosowanie, zakończone wynikiem, który pewnie zdziwił opiekuna roku, bo wygrałam ja, a przecież już wszystko było ustalone. Jejciu, jak to uskrzydliło moje ego, ale cicho sza! ;)